Zawsze znajdą się przedstawiciele starszej generacji
powtarzający do znudzenia, że teraz wszystko jest łatwe w porównaniu z
dawniejszymi czasami. Niektórzy z nich napomykają przy tym, że przedtem, mimo
braków i niewygód, ludzie mieli więcej zadowolenia z życia i ogólnie sprawiali
wrażenie szczęśliwszych, a dzisiaj, mimo licznych udogodnień, częściej niż
kiedyś popadają w depresję i związane z nią dolegliwości. Takie oświadczenia
brzmią jak truizmy, które ma się
ochotę zbyć machnięciem ręki. Zanim puści się je w zapomnienie, być może warto
jeszcze raz rzucić na nie okiem dla upewnienia się, czy przepadkiem nie zostało
przeoczone jakieś ziarnko prawdy.
Nie da się zaprzeczyć, że
standard zachodniego życia uległ w powojennych dekadach dramatycznej poprawie.
Niewyobrażalne w dawniejszych czasach luksusy, jak własny samochód czy
natychmiastowy dostęp do wszelkiego rodzaju informacji i rozrywki, stały się
codziennością. Mrzonka o posiadaniu własnego domu, ciągle nieosiągalna dla
większości globalnej społeczności, jest codziennością dla znacznej rzeszy
mieszkańców bogatych krajów. Praktycznie każda materialna zachcianka może być sprawnie
spełniona bez potrzeby opuszczenia domu. Załatwienie sprawy urzędowej,
wykonanie telefonu lub przesłanie pisemnej informacji do kogoś za granicą,
zajmujące niegdyś od godzin do tygodni, teraz odbywają się w ciągu minut lub
sekund. Choć różnice stanu posiadania wśród bogatych społeczeństw istnieją, ich
średni poziom życia niezaprzeczalnie przewyższa jego odpowiednik w biednych
rejonach Azji i Afryki.
Nie można jednak przy tym
zanegować faktów świadczących o wysokim poziomie depresji i dolegliwości z nią
związanych w bogatych społeczeństwach, łącznie z tak zwanymi chorobami
cywilizacyjnymi jak zawał serca, zator i cukrzyca. Nie postrzega się za to
oznak powszechnej szczęśliwości, jakiej można by się spodziewać w warunkach
ogólnego dobrobytu i trudno zaprzeczyć absurdalnie brzmiącej konkluzji, że choć
jest coraz lepiej, jest tak jakby coraz gorzej. Mimo że żyje się coraz
dostatniej, wygodniej i przyjemniej, coraz mniej jest zadowolenia z tego.
Częściowo winę za to można
złożyć na naturę ludzką, która powoduje, że nigdy nie cieszymy się długo ze
spełnienia marzeń i szybko zaczynamy się martwić brakiem spełnienia innych.
Przyczyn ogólnie niewesołych nastrojów można też doszukiwać się w obecnej
globalnej recesji. Nie może ona być jednak całkowitym wyjaśnieniem, bo przed
2008 rokiem sytuacja na rynku optymizmu na Zachodzie nie była o wiele lepsza, o
czym świadczą statystyki stresem i depresją wywołanych chorób jak też rozwodów
i samobójstw. Innej domniemanej przyczyny złych nastrojów można się doszukiwać
w zaostrzonych globalizacją kontrastach społecznych. Po okresie sprawiedliwiej
rozłożonego dobrobytu powojennych dekad bezlitosny proces globalizacji i
rosnąca potęga liberalnego kapitalizmu od końca lat siedemdziesiątych
zaostrzyły różnice stanu posiadania między bogatymi i biednymi, co spowodowało
wzrost rozgoryczenia wśród tych ostatnich.
Domniemane przyczyny,
łącznie z wiecznie niezaspokojoną naturą ludzką, destruktywnymi rezultatami
globalizacji i obecną recesją, niezaprzeczalnie mają coś wspólnego z ogólnym
niedostatkiem optymizmu. Ma się jednak odczucie, że nie wyjaśniają one do
końca, dlaczego mimo stosunkowo wysokiej zamożności i dostatku, mimo
przywilejów i udogodnień, dostrzega się na Zachodzie tyle zgorzknienia, apatii
i innych oznak braku zadowolenia z życia. Zdaje się to wskazywać na sytuację
ślepej uliczki i podsuwa retorycznie brzmiące pytanie: jeśli spełnienie marzeń
nie daje spodziewanego szczęścia, to co może je dać?
Ryzykując, że zabrzmi to
jak jeszcze jeden truizm, warto wspomnieć, że być może rewizja tradycyjnie pojętych ludzkich
aspiracji byłaby w stanie rzucić światło na tę kwestię. Uniwersalnym marzeniem,
do którego nie każdy w równym stopniu się przyzna, ale o którym świadczą
kulturowe przykłady z dziedziny literatury czy kinematografii, jest materialny
dobrobyt. Najwyższym pragnieniem, do którego każdy zdaje się dążyć, jest
bogactwo, łatwość egzystencji i usuniecie trudności, by życie stało się
zbliżone bardziej do wakacji niż odbywania kary. Wygranie milionów na loterii,
spłacenie pożyczki na dom, nabycie luksusowego samochodu, otoczenie się
wysokiej jakości i estetyki przedmiotami i wyrwanie się na długie wojaże po
świecie z grubsza podsumowują ten upragniony ideał.
Na dociekliwe pytanie o
następne kroki po egzotycznych podróżach, po wyposażeniu nowego domu w
ekskluzywne meble i sprzęty, po kupnie BMW czy Ferrari, wielu dziarsko odpowie,
że o to nie ma co się martwic, bo będąc zamożnym można łatwo znaleźć sobie
zajęcie i wypełnić czas przyjemnymi, ekscytującymi zajęciami. Niezupełnie
potwierdzają to jednak przykłady ludzi wzbogaconych przez loterie czy inne
sposoby szybkiego osiągnięcia fortuny. Szczęściarze często trącą dobry nastrój,
zdrowie, przyjaciół i nawet zdobyte bogactwo. A już z pewnością nie wszyscy z
czystym sumieniem zapewniliby, że osiągnęli oczekiwane szczęście. Świadomość
powiększającej się, nabytej niepostrzeżenie razem z bogactwem pustki mogłaby
odebrać apatyt na zamożność niejednemu obdarzonemu wyobraźnią. Inni musieliby
zetknąć się z tym problemem twarzą w twarz, by uwierzyć, że zamiast
oczekiwanego błogostanu, pogrążają się w problemy, o których istnieniu przedtem
nie mieli pojęcia.
Po powrocie z wakacyjnych
wypraw mniej jest znojów, do których trzeba wracać, a pokonywanie których było
przedtem źródłem niemałej choć niezauważonej satysfakcji. Zaczyna też brakować
przyjaciół, od których oddaliło się przez pielęgnowanie bardziej opłacalnych
choć płytszych znajomości. Mniej też jest drobnych, nabywanych dla psychicznej
pociechy i oszczędności, przyzwyczajeń. Stanowiły one część niewidzialnej
matrycy życia, jak spotkania ze znajomymi czy wspólne przygotowywanie i
spożywanie posiłków z rodziną. Bez tych drobiazgów, zastąpionych bardziej
wykwintnymi i kosztownymi nawykami, czegoś zaczyna brakować a ten brak
niepokoić. Razem z eliminowaniem trudności niezauważalnie wyparowuje znaczna
część dającego zadowolenie i sens trudu ich pokonywania. Myślenie o
przyszłości, mimo imponującego konta w banku, nie nastraja optymistycznie, a w
tkance egzystencji zaczyna się dostrzegać coraz więcej dziur. Doskwiera brak
motywacji do robienia czegokolwiek, a na zmianę takiego stanu rzeczy wydaje się
istnieć coraz mniej nadziei.
Taki scenariusz dotyczy,
naturalnie, tylko części tych, którym się powiodło. Poza nimi są również ci, którzy
uśmiech fortuny traktują nie jako przepustkę na wakacje, ale szansę na
wrzucenie na swoje barki jeszcze większej ilości trudów i
odpowiedzialności. Pozornie wbrew logice stawiają na zwiększenie wysiłków i
zmagań, przez co wydają się wynaturzeniem wśród normalnych ludzi, którzy myślą tylko o tym jak się od
potu, łez i lęku wyzwolić. Do tej kuriozalnej,
masochistycznej grupy dołączyć można jeszcze tych, którzy pchają się w problemy
nie dla materialnych korzyści ale by pomóc innym lub dla przygody. Dodać należy
również tych, którzy nie posiadają prawie nic materialnie, a ciągle sprawiają
wrażenie zadowolonych. O ile zapalonych woluntariuszy i awanturników znajdzie
się garstka w każdej społeczności, to szczęśliwych biedaków są, niewiarygodnie,
całe miliony w tradycyjnych społeczeństwach Azji. Jako że nierzadko ich
filozofia ma korzenie w Konfucjanizmie, Buddyzmie i Hinduizmie, niejeden byłby
skłonny wyciągnąć wniosek, że przyjęcie ich religii może poprawić samopoczucie.
Nakazy tych religii
sprowadzają się do tego, czego nie brak też i w Chrześcijaństwie i Islamie, to
jest do przesunięcia głównego punktu uwagi z materialnych na niematerialne
korzyści. Wszystkie główne systemy religijne zawierają wspólny element
zaprzeczenia i zaparcia się zwierzęcej i mechanicznej części ludzkiej natury,
która popycha do jak najszybszego i najpełniejszego zaspakajania materialnych
potrzeb i instynktów. Każda z nich stawia przed swoimi wyznawcami wymagania,
które każą im wyprzeć się części ich prymitywnych odruchów i skłonności. Czy
będzie to chrześcijańskie przykazania, nakazy Talmudu czy Koranu, czy będzie to
hinduistyczny nakaz poszukiwania oświęcenia, czy buddyjskie unikanie konfliktów
i wyzbycie się namiętności – wszystkie zmuszają do samozaparcia i wyrzeczeń.
Pośród nich jest, na
przykład, wyrzeczenie się instynktownego prawa zemsty za doznane zło i
odpowiedzenie w zamian przemilczeniem lub przyjaznym gestem. Od uczucia palącej
za zniewagę złości uciec co prawda się nie da, ale odmówienie sobie
przyjemności odwetu jest wykonalne i opłacalne. Pozwala ono, między innymi,
zachować spokój umysłu i czyste sumienie, posiadając które niejedno można
osiągnąć, a bez których trudno dla wielu jest zrobić cokolwiek konstruktywnego.
Podobne korzyści przynosi przychylność, wbrew głosowi instynktu, wobec
nieprzyjemnej, aroganckiej osoby czy przełamanie niechęci do zadania sobie
wysiłku bez materialnego wynagrodzenia. Innymi przykładami zaparcia się samego
siebie, które może przynieść trwałe korzyści, należą religijne posty i gotowość
do podzielenia się częścią swojego bogactwa z tymi, którym się gorzej powodzi.
Sposobności do ćwiczenia
samozaparcia, by oddalić się od zaspokajania zachcianek i instynktem
motywowanych potrzeb, nie brakuje w codziennym życiu. Jest nią, na przykład,
odmówienie sobie dodatkowej porcji apetycznej potrawy czy deseru, lub świadome
ograniczenie innych przyjemności jak alkohol czy intymność. Poza spokojem
umysłu i wewnętrznym zadowoleniem, do korzyści z krucjat przeciwko samemu sobie
zalicza się duchowa energia i optymizm. Niebagatelną korzyścią dla wielu jest
też dobroczynna świadomość, że nie pozwala się fali zła rozprzestrzeniać się
poza swój obręb, przez co działa się terapeutycznie na otoczenie. Alegoryczne
wizerunki latawca, który wznieść się może tylko przeciwnym wiatrem i drzewa,
które wichurą wzmacnia swoje korzenie, wydają się odpowiednie do podsumowania
zalet kontrolowania instynktów.
Powszechny brak wiary w
sensowność tej postawy bierze się z zakorzenionego w zachodniej mentalności
materialistycznego podejścia do życia. Utrwalają je atrakcyjne rezultaty
sprawnie działającego systemu kapitalistycznego, a dodatkowo umocnią promowana
przez media materialistyczna ideologia. Jej wyznacznikiem i symbolem są
narzucane społeczeństwom, jako substytut religii, naukowo brzmiące
uproszczenia, które deformują i fałszują prawdziwy, bardziej skomplikowany i
złożony obraz rzeczywistości. Jednym z tych uproszczeń jest promowane
przeświadczenie, że poza materialną rzeczywistością nie istnieje nic, chociaż
nikt jak dotąd nie udzielił zadowalającej odpowiedzi na pytanie skąd się ta
materialna rzeczywistość wzięła.
Innym uproszczeniem jest
zakorzeniony w zachodniej mentalności socjalny darwinizm. Korzenie swoje ma on
w spłyconej wersji teorii ewolucji Darwina – neodarwinizmie. Dzięki tej
ideologii społeczeństwa Zachodu ufają, że brutalna rywalizacja o prymat to ich
podstawowy nakaz i że przytępienie tego instynktu jest wynaturzeniem. Przesiąknięci tymi ideami i zanęceni korzyściami płynącymi z retoryki
socjalnego darwinizmu ludzie zapierają się altruistycznej części swojej
biologicznej natury, która jest częścią pełnej wersji teorii Darwina. Zgodnie z nią dobór
naturalny i walka o przetrwanie to tylko część mechanizmu ewolucji. Innym jego
elementem jest nakłaniający do samozaparcia odruch charytatywny, znany
wszystkim organizmom żyjącym w społecznościach łącznie z ludźmi. Ten element
genetycznej ludzkiej spuścizny pomija się i traktuje jak nieistotną i wręcz
szkodliwą w praktykowaniu zachłannego, samolubnego trybu życia, który propaguje
zachodnia ideologia.
Nie powinna więc dziwić
rezerwa, z jaką natrafia się na Zachodzie na tę zakodowaną w nakazach religii
potrzebę przytępienia egoizmu, którą skutecznie wyeliminowało nowoczesne
myślenie. Tę potrzebę odczuwają jednak ci, którzy nawet nie przynależąc
formalnie do żadnego wyznania odruchowo nie ufają materializmowi. Powodowani
mniej popularnym głosem natury podążają w stronę duchowej i intelektualnej,
raczej niż materialnej, zamożności. Obrany kierunek każe im trzymać się nakazów
kodeksu moralnego, choćby nigdy nie słyszeli o naukach Mojżesza, Konfucjusza
czy Mahometa. Trzymają się tego kursu nie tyle przez lęk wobec piekielnej kary,
ile przez świadomość, że wspólny nakaz tych religii, aby traktować innych jak
samemu chciałoby się być traktowanym, jest fragmentem ludzkiej natury. Nosimy
tę świadomość w genetycznym zapisie i tylko jej głos stłumiła propaganda
współczesnych ideologów. Ich deformujące uproszczenia powodują, że nie
realizujemy się w pełni jako społeczne organizmy biologiczne, co powoduje
rozgoryczenie i destrukcję świata w którym żyjemy.
Autor tych słów nie łudzi
się, że ograniczenie własnego samolubstwa każdemu przypadnie do gustu, albo że
od razu zapewni pożądane rezultaty. Częścią naszego biologicznego dziedzictwa
jest bowiem nieprzebrana różnorodność, w ramach której jesteśmy w rożnym
stopniu zdolni rejestrować ten mniej znany zew natury. Ci, którzy odbierają go
wyraźniej, bardziej gotowi są na przyjęcie tej pozornie mało atrakcyjnej wiedzy
i zastosowanie jej w swoim życiu. Pozwoliła ona jednak stworzeniom żyjącym w
koloniach jak mrówki i pszczoły z niemałym sukcesem przetrwać całe miliony lat.
Uświadomiona i zaakceptowana może okazać się pomocna w przedłużeniu egzystencji
skazującemu się obecnie na samozagładę innemu gatunkowi społecznych stworzeń.© Robert Panasiewicz